Thursday, November 29, 2012

Pająki i węże



Z deszczami przychodzą pająki.

Włochate czarne tarantule i długonogie deszczowce z wyraźną dwójką okrągłych czarnych oczu wielkości łepków od szpilek i ogniście pomarańczowymi wargami, w których czają się jady, wypełzają wieczorami z mrocznych kącików i próbują przedostać się do łazienki lub sypialni. Dziś złapałam jednego uczepionego moskitiery. Z e w n ę t r z n e j  strony naszej moskitiery.
Na szczęście nie był agresywny i dał się złapać w plastikowe pudełko. Mogłam go zabić bezlitośnie (bo w strachu), ale wstawiennictwo Kajtka uratowało mu życie. Wypuściliśmy go daleko za bramą (czy pająki mają zmysł nawigacji wstecznej?). Uciekał od nas szybko, a ja nie mogłam się oprzeć nadziei, że zyskawszy wolność, da nam spokój.

Zabiłam podobnego w piątek. Byliśmy z Kajtkiem sami w domu wieczorem, oglądając „Dziewczynę i chłopaka, czyli hecę na czternaście fajerek” od przyjaciół. Wstałam, żeby zrobić sobie kawy inki i tuż obok moich stóp – w rogu między kuchnią a korytarzem - zatrzymał się włochacz duży jak rozpostarta dłoń siedmiolatka. Krzyknęłam i rozejrzałam się za czymś wystarczająco twardym – chwyciłam górski but Kajtka i walnęłam. Przy pierwszym uderzeniu z odwłoka potwora wysypało się mrowie maleńkich pająków, które rozpierzchły się na wszystkie strony – tak, jakby chciały dobiec do Hogwartu albo chatki Hagrida. Niektóre przygwoździłam - czułam się jak pajęcza eksterminatorka, morderczyni matki i setek dzieci - ale unaoczniona skala rozrodu pająków nie pozostawiła w nas żadnych wątpliwości: nie zamkniemy przed nimi domu.

Pająki nas nie zabiją. Węże niestety już mogą.

Sue, brytyjska właścicielka naszego domu i najbliższa sąsiadka zarazem, ostrzegała nas przed plującymi kobrami i żmijami sykliwymi (od ich ukąszeń umiera najwięcej ludzi), które czają się w zaroślach i trawach. Jej psy niemalże oślepły od wypluwanego prosto w pysk jadu. Sue mówi, że Blacky i Frosty stawiają sobie za punkt honoru walkę z kobrami i polują na nie nocami. Według Sue psy chronią w ten sposób jej rodzinę. Nasza Meru nie zapuszcza się jeszcze zbyt daleko w chaszcze, poza tym śpi razem z nami w domu, więc żadne potyczki polowe jej nie w głowie.

Staram się ostrożnie stąpać po ścieżkach wokół domu, wypatruję podłużnych wąskich kształtów i po zmroku, kiedy wyprowadzam Meru na siku, najlepiej się czuję w wysokich roboczych kaloszach. Jak dotąd widziałam tylko stosunkowo małego, pasiastego węża przy lawendowych krzaczkach tuż przy domu, który zasuwał z jaszczurką w półotwartym pysku.

Różnorodne kobry, boomslangi, mamby, pytony i żmije gabońskie oraz sykliwe oglądaliśmy ostatnio z Kajtkiem – i nie po raz pierwszy bynajmniej - za pancernymi szybami pobliskiego parku węży, przy którym mieści się klinka ratująca ukąszonych. Mają tam podobno wszystkie możliwe surowice i antidota. Już dawno chciałam ją umiejscowić – na wszelki wypadek (tak, jak na wszelki wypadek umiejscowiłam szpital Agha Khana w Aruszy, dobrego pediatrę i biuro Flying Doctors Society).

Zanim weszliśmy do parku, zerknęłam podszytym strachem okiem na zadaszoną poczekalnię kliniki, w której ustawiła się kolejka cichych i wymizerowanych biedaków z okolicznych wsi, pokąszonych przy orce.
A potem wzdrygałam się głośno i szczerze przy każdym eksponowanym okazie, nie mogąc znieść gadziego wyglądu: śmiertelnej gibkości, umięśnionych segmentów cielska, oślizgłości i syczących połówek języka. Węże wzbudzają we mnie pierwotny lęk, gromadzony przez co najmniej sto milionów lat w pamięci zbiorowej wszystkich Ew przede mną.

Czarną mambę słusznie owiewa legenda najbardziej niebezpiecznego węża Afryki. Jest super szybka -potrafi pruć z rekordową prędkością 11km/h, i super długa (przeciętnie 2,5 m). Czarna mamba tak naprawdę nie jest czarna – ma tylko czarne podniebienie. Jej łuski są szare lub oliwkowo-brązowe. To  – wbrew lękowi - piękne zwierzęta. Ich główki wykrojone są na kształt trumienek – takie memento mori w wydaniu afrykańskiej Matki Natury.

Czarne są za to plujące kobry. Czarne jak świecące kamienie. Długie, grube i lśniące.

Śniły mi się poprzedniej nocy – leżałam na brzuchu w Kajtka pokoju, a one przyszły, przypełzły – cicho i od tyłu. Wpełzły na łóżko i – niczym wąż Kundalini, jogistyczny wąż Oświecenia, przywarły do mojego kręgosłupa, przesuwając się powoli i permanentnie do góry, do odsłoniętego bezbronnie karku. Unieruchomiły mnie – były we cztery albo w pięć, wiedziałam, że jedyne, co mogę zrobić to spokojnie i miarowo oddychać, czekając aż p r z e z e  m n i e  przejdą. Czułam, że nie zrobią mi krzywdy, jeśli tylko utrzymam się w idealnej samokontroli, w idealnym zjednoczeniu z siłami Natury, w całkowitej uległości i posłuszeństwie. Leżałam i czekałam. Zeszły ze mnie, zsunąwszy się na materac, ocierając się o moją szyję, uszy, policzki.

No comments:

Post a Comment